Wczoraj po raz kolejny przyłapałam się na wcinaniu prażonych ziaren słonecznika, pestka po pestce…niemal hipnotycznie. Mniaaaam. No lubię ten smak i mechanizm łuskania ziarenek, cóż zrobić. Tylko…jak się takie słonecznikowe wieczory mogą odbić na figurze? Zwłaszcza, że każda paczka tak dziwnie szybko się kończy… Muszę znaleźć jakieś zdrowe usprawiedliwienie, by zagłuszyć wyrzuty sumienia:)

I znalazłam:) Wystarczyło przyjrzeć się dokładnie opakowaniu – liczba kalorii mała nie jest – ponad 500 kcal w 100 g (czyli mniej więcej w jednej paczce)…heh.. OK. Mogę od czasu do czasu zrezygnować z kolacji i podwieczorka na rzecz słonecznika…Zmieszczę się w jako takim bilansie energetycznym. Wprawdzie nie nasycę się i w brzuchu może burczeć, ale czego się nie robi dla prażonych ziarenek.

Kalorii mają sporo, ale… uwaga – znalazłam wiele pozytywnych jego cech!:) Słonecznik zawiera sporo potasu, fosforu, magnezu, żelaza i cynku, witaminę E. Czyli idealny zestaw dla poprawy wyglądu skóry, włosów, paznokci. Fitosterole obecne w tych ziarenkach pozwalają zredukować poziom cholesterolu we krwi i usprawnić pracę serca.

Jedząc słonecznik najbardziej obawiam się obecnych tam tłuszczy, zwłaszcza że lubię nie te świeże, a prażone ziarna (najczęściej na tłuszczu). Ze słonecznika robi się olej, więc to, że jest tłusty – nie ma wątpliwości. Mam jednak kolejne usprawiedliwienie – tłuszcze obecne w słoneczniku to tłuszcze nienasycone, które mają pozytywny wpływ na nasze zdrowie. Ufffff:)

Wiadomo, że wszystko co w nadmiarze szkodzi i zjadanie dwóch paczek dziennie codziennie na pewno prędzej, czy później odbije się na naszej figurze, ale…. paczuszka raz na jakiś czas nikomu nie zaszkodzi – zważając na to, że posiada wiele pozytywnych cech. Lepszy słonecznik (najlepiej niesolony), niż bezwartościowe chipsy (złe tłuszcze, bleee) i batony.

Ach, i jeszcze jedna pozytywna cecha – jedna paczuszka to wydatek ok 1-2 zł:)

Smacznego chrupanka