Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Gdyńska restauracja W Ogrodach jest jedną z nielicznych, którym udało się przetrwać wichurę zmian dziejowych. W latach 90. polecał ją Piotr Bikont, a dziś dobrą sławę tutejszej kuchni głoszą stali bywalcy. Na tle mody na fusion i sushi, gdyńskie Ogrody wypadają dziś stosunkowo konserwatywnie, ale stali bywalcy lokalu pewnie właśnie ową swoistą nostalgię cenią sobie tutaj najbardziej.

Restauracja W Ogrodach ulokowała się przy ruchliwej gdyńskiej ulicy Władysława IV. Mimo że nieopodal od dawna istnieje popularne Pueblo, tuż obok jest restauracja chińska, a parę kroków dalej spore bistro La Vita i hinduska Taj Mahal, momentami trudno w Ogrodach o wolny stolik.
Restauracja składa się z trzech sal, z których każą urządzono inaczej. Dziś, przyzwyczajeni do prostych wnętrz nowoczesnych restauracji, taki styl moglibyśmy uznać za nieco przesadzony. Ale w latach 90. tak właśnie urządzano lokale mnóstwo bibelotów, sztucznych roślin, elementy stołowej zastawy, tu wyzierający kawałek gołej ściany, tam naścienne malunki. W całym tym anturażu udało się stworzyć całkiem miłą atmosferę, której znacząco pomaga stolikowy gwar oraz miła i kompetentna obsługa.

Menu Ogrodów zmienia się sezonowo, a kuchnia zawsze oferuje coś specjalnego poza kartą. Odczytuję z niego nostalgiczne nuty narodowe żurek, grillowane mięsa, zestawy surówek, sernik ot, takie nasze swojskie ulubieńce.
Zacznijmy od zup. Przyzwoity poziom reprezentują zarówno te, które na stałe wpisano do karty, jak i te, które polecane są jako zupy dnia. Jadłem tu całkiem niezłą zupę szczawiową, przyzwoitą zupę z karpia oraz pikantną zupę z mielonym mięsem i pieczoną cebulą. Do zup nie miałbym w zasadzie żadnych zastrzeżeń, gdyby nie to, że bywa, iż podaje się tu do nich stary chleb.
Jeśli mamy ochotę na lekki lunch, warto rozważyć którąś z sałat. Mój typ to sałata z kozim serem. Komponuje się ją tutaj na bazie sałaty lodowej, kawałków pomidorów i ogórków i słusznych plastrów miękkiego i całkiem aromatycznego koziego sera. Sałacie towarzyszy dobrze wyważony dressing na bazie octu balsamicznego.
Przeboje Ogrodów odnajdziemy jednak w sekcji dań głównych. Bezdyskusyjną perełką jest tutaj baranina - duszona do miękkości we własnym sosie, odpowiednio pikantna i aromatyczna. Podaje się ją z kaszą albo z ziemniakami, w towarzystwie zasmażanych buraczków. Bardzo dobre są też duszone roladki z sarniny nadziewane kurkami. Warta polecenia jest także miejscowa duszona gęsina z czerwoną kapustą.

Dużo słabsze jest natomiast danie, które sprawia wrażenie przeboju lokalu. Nazwano je półmiskiem szefa, a przecież sam pomysł posądzania szefa o niskie potrzeby smakowe byłby w dobrej restauracji nie na miejscu. Z tym większym zdziwieniem odkryłem, że ów półmisek jest jednak daniem dalece rozczarowującym. Składa się on z trzech kawałków zgrillowanych mięs: kurczaka, wieprzowiny i wołowiny. Kawałki są małe i w zasadzie nic więcej o nich powiedzieć się nie da. Towarzyszą im robione na miejscu, ale nudne zestawy surówek, frytki i bardzo przeciętne sosy. Widać szef lubi wysmażone mięsne kąski i sosy masowej produkcji.
W Ogrodach zdarzają się czasem poważniejsze wpadki. Przykładem może być kompromitujący kuchnię deser gruszkowy, a polecany przez obsługę jako wyjątkowy delikates. Cała jego tajemnica polega na wyjęciu z puszki chińskiej gruszki, umieszczeniu jej na talerzu, udekorowaniu kilkoma kulkami bardzo przeciętnych lodów z supermarketu, kleksem podłej bitej śmietanki (UHT) i skropienie likierem typu advocaat. Całość jest kuriozalna, a poza tym zwyczajnie niedobra.
Ogrody sąsiadują z kilkoma restauracjami reprezentującymi egzotyczne dla polskiego podniebienia kuchnie wymieńmy choćby chińską, hinduską, teksańsko-meksykańską. I może w tej mieszance leży klucz do jej sukcesu. Wszakże gdy znudzi się nam egzotyka, z przyjemnością wracamy do swojskiego. Taka nasza polska nostalgia.
Zaloguj się lub utwórz konto, by komentować
