Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Praktyka kulinarnej ewolucji nie zawsze pokrywa się z opisującą świat ożywiony teorią Darwina. Na miejscach uśmiercanych lokali wyrastają bowiem często przybytki gorsze, oferujące niższe ceny ale i niższą jakość. W przypadku Trattorii Toscana, która zrodziła się na podwalinach ideowych Rozmarynu, a na gruzach owianej legendą Baoli, jest jednak inaczej. Powstała bowiem restauracja, której udało się wykorzystać doświadczenia dwóch wielkich poprzedniczek i stworzyć własną, niepowtarzalną tożsamość.

Trattoria Toscana ma rodzinne asocjacje z nieistniejącym już sopockim Rozmarynem, pierwszą w Trójmieście restauracją we włoskim stylu. Gdy na trójmiejskiej mapie restauracyjnej zaczęło się zagęszczać, Rozmarynowi zaczęto wytykać niezasadnie wysokie ceny, kiepski klimat, pretensjonalną obsługę i dość rachityczne menu. Prowadząca lokal Klaudia Filippi-Chodorowska zdecydowała się go wreszcie przenieść do bardziej nowoczesnego i przestronnego wnętrza, co jednak nie pomogło przedsięwzięciu i nie uchroniło go od zamknięcia.
W miejscu, gdzie poległ Rozmaryn, rozkwitł oddział gdyńskiego bistro Petit-Paris, zaś idea włoskiej kuchni zakiełkowała kilkaset metrów dalej, za sprawą syna pani Klaudii, Maurycego, który otworzył Trattorię Toscanę. Misja była wielce niebezpieczna, bo nowa restauracja zrodziła się na zgliszczach innej ikony kulinarnej Trójmiasta lat 90., Baoli. Wyzwanie zatem spore, wszak poziom kulinarny Baoli zawsze uznawano za wysoki.
W takim kontekście pojawiła się Trattoria Toscana, która tchnęła w miejsce nowego ducha, pozostawiając sobie po Baoli wystrój wnętrza oraz usytuowaną w rogu lokalu półotwartą kuchnię. Załoga Toscany stara się stworzyć tu klimat swojskiej włoskiej gospody - gwarnej, pełnej gości i bogactwa smaków. Pomagają w tym bywalcy, którzy zjawiają się tu chętnie i tłumnie. Kucharze zazwyczaj stają na wysokości zadania. Za kuchennym kontuarem zawsze soi tylko jeden mistrz patelni, co zasługuje na zainteresowanie, oto bowiem jeden kucharz odpowiada za wszystkie zamówienia z sali. Z podziwem przyglądałem się, jak pewnego czwartkowego wieczora z pasjonującym zaangażowaniem żonglował patelniami i garnkami, aby w jednym momencie wydać osiem różnych dań dla oczekującego stolika biesiadujących gości. Za chwilę zaś z błyskiem w oku przyjął kolejne zamówienie dla dziesięciu.

Pamiętam, że jadłem wtedy bruschettę kilka kromek dobrej jakości ciabatty, którą zgrillowano, skropiono oliwą i obłożono siekanymi pomidorami z czosnkiem, szynką z Dolnej Adygi i smażoną, jakże przepyszną, wątróbką. Zamówiłem też przebojową, jak się miało okazać, sałatkę Agrodolce karczochy, pepperonata, oliwki i owe wspaniałe cippollini: płaskie cebulki marynowane w oliwie i occie balsamicznym.
Innego razu próbowałem tam doskonałych pierożków nadziewanych przegrzebkami i krewetkami na sosie z szalotek i atramentu mątwy, podanych z dużymi krewetkami. Nie trzeba wiele mówić, starczy rzucić okiem na zdjęcie.
Dobra jest tu też kawa parzą ją z mieszanek Illy, oraz włoskie desery tiramisu i panna cotta. Czekoladowy suflet co prawda był smakowo poprawny, jednak jego konsystencja bardziej przypominała francuskie ciasteczko molleaux niż klasyczny puszysty suflet, dlatego nad nim postawiłbym mały znak zapytania.
Żeby nie stworzyć z Toscany lokalu o nieskazitelnym wizerunku, dodać należy, że można tu trafić na pozycje nie do końca szczęśliwe. Nieprzyjemne wrażenia wyniosłem z kontaktu ze z pozoru interesującą polędwiczką z sarny na sosie jeżynowym z grappą. Sosu nie pozbawiono pestek po jeżynach, ani łamanych ziaren jałowca, w którym pewnie (zresztą niepotrzebnie) macerowano polędwiczkę, co skutecznie uniemożliwiało mi jedzenie, bo fatalne pestki wciskały się między zęby i trzeszczały niemiłosiernie. Podobne perypetie z pestkami zaliczyłem przy dobrej skądinąd sałatce z pieczoną kaczką. Średnia była też zupa rybna, a właściwie gęsta pomidorowa z dodatkiem paru owoców morza i kilku kawałeczków fileta takiej sobie ryby. Zagadkowa jest też polityka firmy, która zezwala na podawanie do włoskich dań hiszpańskiej oliwy i przymyka oko na plamy na obrusach.
Ogólne wrażenie z wizyty w Toscanie powinno być jednak miłe i pozytywne, zwłaszcza jeśli zabierzemy ze sobą kilku przyjaciół i postanowimy spędzić tam nastrojowy włoski wieczór. Budżetu nie zrujnujemy, a żołądki będą piszczeć z radości.
Zaloguj się lub utwórz konto, by komentować
