Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Droga z serca Kaszub do Trójmiasta nie musi być nudna, a wręcz może być całkiem przyjemna, jeśli strapione żołądki posilimy w przydrożnym Gościńcu dla Przyjaciół w Wyczechowie koło Żukowa.

Gościniec urządzono w modnym ostatnio stylu chłopsko-rustykalnym. Jest zatem drewniany, ma drewniany płot, spory podwórzec, a na nim zadaszony drewniany ogródek, tu i ówdzie leciwy sprzęt rolniczy. Wewnątrz sielska i niezobowiązująca atmosfera, w którą wpisują się ciężkie drewniane ławy. Pośrodku dość obszernej izby ulokowano kamienno-drewiany bar, na którym rozmieszczono swojskie wędliny, chleby i ciasta pochodzące od lokalnych producentów. Na ścianach elementy kaszubskiego folkloru, wyróżnienie starosty kartuskiego oraz pamiątki po znanych gościach Gościńca, w tym Roberta Makłowicza, który sławi tutejsze szynki. Słowem miło, gwarno i przyjaźnie.
Karta Gościńca nie jest szczególnie obszerna ani też szczególnie nie "kaszubi". Mimo to jest dość zróżnicowana i może zadowolić pojawiające się tu gremia, które wszak nie muszą legitymować się zaawansowaną wiedzą na temat kulinarnego dziedzictwa regionu. Pamiętam pewnego zimowego popołudnia konwersację, którą toczyła kompania ze stolika obok, w której skład wchodziło też dziecię preferujące już język niemiecki nad mowę ojczyzny rodziców, z której dowiedziałem, się, że madame w średnim wieku zawsze gdy wraca do Polski zatrzymuje się w tym gościńcu, żeby zjeść tradycyjnego kaszubskiego schabowego. Uwielbienie dla kotleta schabowego jest w Polsce powszechne, ustępuje może czasem tylko pietyzmowi, jakim otacza się panierowaną pierś z drobiu. W wolnym kraju każdy ma prawo wyrażać swoje opinie, choćby najbardziej aberracyjne, i przypisywać temu kotletowi różne zalety smakowe, a nawet właściwości magiczne, jeśli tylko znajduje się w towarzystwie równych sobie ignorantów. Jeśli jednak temu reliktowi PRL przypisuje się już regionalne pochodzenie, to miecza czas dobywać. Schabowe w różnej formie jada się nie tylko w Polsce ale i poza nią, także w Republice Federalnej, ale tego madame zapewne w ferworze życia na obczyźnie nie zauważyła.

Menu Gościńca prezentuje kilka pozycji, które madame głośno pominęła, uważając je zapewne za grubiańskie, na które jednak warto zwrócić szczególną uwagę. Jest tu bowiem bardzo smaczny i aromatyczny rosół ze swojskim makaronem, który bez wątpienia pochodzi z wyczechowskiej kuchni. Jest też i swojski żur oraz kilka rodzajów bardzo dobrze zrobionych pierogów i niejaki wybór dań z ryb. Karta zaspokaja też potrzeby tej części klientów, którzy znudzili się już schabowymi i z pewną nieśmiałością aspirują do egzotyki. Znajdziemy w niej bowiem nieco egzotyzującego kurzego kotleta w sosie mandarynkowym oraz krążki kalmara w panierce, można więc postraszyć stateczne matrony, które, choć nigdy owoców morza nie jadły, żywią do nich organiczne obrzydzenie.
Na uwagę szczególną zasługuje tu jednak menu dnia wywieszone tuż koło kontuaru w formie zapisków na czarnej tabliczce. Często daję się uwieść apetycznym propozycjom z tabliczki i to właśnie dlatego udało mi się zjeść w Gościńcu fantastyczną zupę grzybową z uszkami, zjawiskowe pierogi z kaszą gryczaną oraz niezłą szmurowaną (duszoną w sosie) baraninę. Miło też odnotować, że za barem można zamówić starosłowiański napitek, kwas chlebowy. Polacy prawie całkiem o nim zapomnieli i, zgodnie ze swoją przewrotną naturą, przedkładają nań amerykańskie napoje na kwasie fosforowym, który rozpuszcza im i tak słabe zęby. Tymczasem kwas chlebowy jest nie tylko smaczny ale i zdrowy, m.in. korzystnie reguluje pracę jelit. Można go kupić w niektórych sklepach, w większości z importu z Litwy i Ukrainy choć są i polskie z Białostocczyzny.
Robert Makłowicz poleca tutejszą szynkę i jest to rekomendacja, za którą nie kryje się pułapka. Jednak z większą rezerwą należy potraktować sprzedawane w Gościńcu kiełbasy, o których, zauważmy, mistrz już nie wspomina. Spróbowałem kilku rodzajów i jedynie myśliwską udało mi się zjeść. Inne, w tym niechlubna czosnkowa, składały się głównie z żył i ścięgien. Zasadą ograniczonego zaufania należy się też kierować przy zakupie lokalnego chleba. Mój egzemplarz okazał się zawierać tzw. klic, czyli wielką porażkę piekarza, co oznacza że był całkiem gliniasty w środku, a zatem i niejadalny. Dobrze przed zakupem poprosić sprzedawcę o przekrojenie bochenka i upewnić się, że miąższ jest jędrny i sprężysty.
Zaloguj się lub utwórz konto, by komentować
